czwartek, 21 sierpnia 2014

"Idealne życie" Katarzyna Kołczewska

Katarzyna Kołczewska "Idealne życie" recenzja
Autor: Katarzyna Kołczewska
Tytuł: "Idealne życie:
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
rok wydania: 2014
ilość stron: 384
moja ocena: 6/6







Któż z nas nie marzył choć odrobinkę o idealnym życiu? Takim, jak w bajcie, gdzie wszystko kończy się optymistycznym „żyli długo i szczęśliwie”? Każdy problem jest do rozwiązania, zła czarownica zostaje ukarana, a piękna księżniczka rozkwita w ramionach przystojnego księcia. Od dziecka karmimy się wizją takiej właśnie dorosłości. W końcu jednak przychodzi moment, że sen o idealnym życiu pryska, jak bańka mydlana. Z narastającą frustracją i zazdrością patrzymy na życie innych. Podziwiasz piękną sukienkę sąsiadki lub koleżanki. Zazdrościsz jej pracy, pieniędzy, przystojnego męża i wspaniałych dzieci. A tak naprawdę niewiele o niej wiesz.

Ela miała wszystko o czym tylko można zamarzyć. Wspaniała praca, mnóstwo pieniędzy, drogie ciuchy, willa w Zakopanem, apartament w Juracie… Ach, wymieniać można jeszcze długo. Dlaczego więc pewnego słonecznego, majowego dnia postanawia popełnić samobójstwo? Ewa, jej siostra bliźniaczka nie może tego pojąć. Jak można dobrowolnie zrezygnować z idealnego życia? Jej przypadła w udziale rola wiecznie zestresowanej, zabieganej matki polki. To na jej, Ewy głowie jest cały dom, dzieci, wiecznie zrzędząca matka, pranie, sprzątanie, gotowanie, praca i mąż, który w niczym nie pomaga. Wiadomość o śmierci siostry jest dla niej ciosem. Łączyła je szczególna więź. Widziały o sobie wszystko. Ewa postanawia wyjaśnić zagadkę samobójczej śmierci jej idealnej siostry bliźniaczki. Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak mało znała Elę i jak bolesna będzie to prawda.

Niedawno czytałam „Kto jak nie ja” Pani Katarzyny Kołczewskiej. Byłam zachwycona bogactwem wątków i sporą dawką silnych emocji. Sięgając po „Idealne życie” liczyłam na równie ciekawą lekturę i nie zawiodłam się. Tematyka jest wprawdzie zupełnie inna, ale wspólnym mianownikiem dla obu powieści są uczucia, których zazwyczaj się wstydzimy. Wszyscy dobrze wiemy, że idealne życie nie istnieje. To pozory i dziecinne mrzonki. Im szybciej sobie to uświadomimy tym lepiej. A jednak każdemu zdarza się z zazdrością patrzeć na czyjeś życie, podziwiać to co jest na zewnątrz, nie znając zupełnie prawdy o drugim człowieku. Ach, jakże to typowe. Autorka idealnie uchwyciła subtelną granicę pomiędzy dwoma światami: życiem na pokaz i tym skrzętnie skrywanym.

Początkowo bardzo polubiłam Ewę. Identyfikowałam się z nią, momentami miałam wrażenie jakby Pani Kołczewska opisywała moje nieidealne życie, któremu towarzyszy nieustanny chaos, zabieganie i przeciętność. Jednak wraz z rozwojem akcji moja sympatia do Ewy malała. Trudno mi zrozumieć dlaczego nie potrafiła dostrzec tak oczywistej prawdy nawet wtedy, gdy dowody mówiły same za siebie? Dlaczego nigdy nie znalazła czasu aby szczerze porozmawiać z siostrą? Krótko mówiąc powieść zmusza do zastanowienia się nad samym sobą. Czy ja również nie zachowuję się w ten sposób? Czy moja pogoń za idealnym życiem nie przesłania mi czegoś ważniejszego?


Książka wciąga od samego początku i trzyma w napięciu do ostatniej strony. W międzyczasie wraz z Ewą i policją próbujemy poznać prawdziwe życie Elżbiety Miczkowskiej, które okazuje się niezwykle zagmatwane i dalekie od ideału. Pani Kołczewska kolejny raz stanęła na wysokości zadania. Okazała się nie tylko doskonałą pisarką, ale także świetnym psychologiem.

niedziela, 17 sierpnia 2014

"Szansa na życie" Diane Chamberlain

Diane Chamberlain "Szansa na życie" recenzja
Autor: Diane Chamberlain
Tytuł: "Szansa na życie"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
rok wydania: 2012
ilość stron: 408
moja opinia: 6/6







Diane Chamberlain należy do grona najpopularniejszych amerykańskich pisarek. Jej książki niejednokrotnie osiągały status bestsellerów i tłumaczone były na wiele języków. Przyznam, że do amerykańskich powieści długo nie mogłam się przekonać. Zazwyczaj wybieram rodzimych autorów, którzy opisują znaną mi rzeczywistość i problemy, z którymi czasem i ja się borykam. Po „Szansę na życie” sięgnęłam przypadkiem. Czy i ja stanę się fanką Diane Chamberlain?

Kiedy Sophie miała trzy lata wykryto u niej ciężką chorobę nerek. Z roku na rok stan dziewczynki pogarszał się. Wymagała coraz częstszych dializ, a lekarze nie wróżyli jej długiego życia. Zdesperowana matka, pomimo ostrych sprzeciwów byłego męża i własnych rodziców, zapisała córkę na eksperymentalną terapię. Ziołowy lek zdziałał cuda. Stan dziewczynki na tyle się poprawił, że mama zgodziła się na jej samodzielny wyjazd na biwak. Sophie jednak z tej wyprawy nie wraca. Samochód, którym jechała razem z koleżanką i jedną z instruktorek znika i nikt nie wie co mogło się wydarzyć. Rozpoczynają się desperackie poszukiwania. Jak długo chora dziewczynka będzie w stanie wytrzymać bez leków i dializ?

Powieść Diane Chamberlain zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Autorka zaskakuje perfekcyjnie zaplanowaną fabułą. W książce pojawia się sporo wątków, które początkowo pozornie się ze sobą nie łączą. Z czasem jednak odnajdujemy coraz więcej powiązań, by pod koniec wszystkie puzzle skomplikowanej układanki wskoczyły na swoje miejsce. „Szansa na życie” wciąga od samego początku i trzyma w napięciu do końca. Zaskakuje nie tylko bogatą fabułą, ale także nagłymi zwrotami akcji i skomplikowanymi portretami psychologicznymi postaci. Na plan pierwszy wysuwa się oczywiście Janine, mama małej Sophie. Jej wielka miłość do córeczki i determinacja sprawiły, że nie poddała się i wbrew wszystkiemu walczyła do końca. Jej całkowitym przeciwieństwem jest Zoe, która przez całe życie chowała głowę w piasek, byle tylko nie dostrzec tego co nie pasowało do wizerunku kobiety idealnej.


„Szansa na życie” to przede wszystkim świadectwo ogromnej miłości macierzyńskiej i niezłomności w walce o zapewnienie choremu dziecku w miarę szczęśliwego dzieciństwa. Jest to też opowieść o tym, że nigdy nie należy osądzać kogoś po pozorach, bowiem rzadko kiedy w ten sposób poznamy prawdę o człowieku.

piątek, 15 sierpnia 2014

Święto Matki Boskiej Zielnej

Święto Matki Boskiej Zielnej, Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny


Obchodzone w dniu dzisiejszym Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny zwane jest też Świętem Matki Boskiej Zielnej. Od wieków w tym właśnie dniu przynoszono do kościołów bukiety z kwiatów i ziół. Poświęcone wianki zasuszano, wierząc, że będą one chronić dom i jego mieszkańców przed nieszczęściem i chorobami. Tradycja ta jest wciąż żywa choć może nie aż tak popularna jak kiedyś.


Dziś w drodze do kościoła mijałam całkiem sporo osób niosących kwiaty. Na mszy też nie brakowało imponujących bukietów. Muszę przyznać, że niektóre wyglądały jakby były prosto z kwiaciarni i raczej nie przypominały tych tradycyjnych. A ja w tym roku właśnie postawiłam na prostotę. Do poświęcenia zaniosłam wrotycz i nawłoć zarwane na łące, zboże, miętę i melisę z mojego przydomowego ogródka. Całość zaś ozdobiłam kwiatami zatrwianu i słomiankami, które pięknie się zasuszą i dodadzą bukiecikowi koloru. Wszak ma on pełnić rolę nie tylko leczniczą ale również powinien cieszyć okoJ.

Dzisiejszy dzień to także doskonała okazja żeby podziękować za kolejne piękne lato. Za gorące słońce i chłody wiatr, za deszcz, obfitość kwiatów, ziół, warzyw i owoców, które będą nam służyć do następnego lata.


Kochani, nie zapominajmy o starych, polskich świętach. Kultywujmy tradycję aby móc przekazać ją następnym pokoleniom. W końcu to nasze korzenie i jednocześnie nasza przyszłość.



niedziela, 10 sierpnia 2014

"Uroczysko" Magdalena Kordel

Autor: Magdalena Kordel
Tytuł: "Uroczysko"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
rok wydania: 2011
ilość stron: 256
moja ocena: 5/6







Zmiany nieodłącznie wpisane są w scenariusz życia każdego z nas. Towarzyszą nam od urodzenia. Nie potrafimy przewidzieć przyszłości, a na temat konsekwencji podjętych przez nas decyzji i dokonanych wyborów możemy jedynie snuć domysły. Chyba dlatego tak bardzo boimy się zmian. Czasem ze strachu wolimy tkwić w toksycznych związkach, albo wykonywać pracę, której szczerze nienawidzimy. Jeśli mamy szczęście życie podejmie decyzję za nas.

Majka pewnej mroźnej zimy dowiedziała się, że jest do niczego. Nie sprawdziła się jako żona i dlatego jej osobisty mąż postanowił odejść do innej. Dziewczyna nie ochłonęła jeszcze z tych rewelacji, a już spadły na nią kolejne. Otóż szanowny małżonek wykazał się kreatywnością także w zaciąganiu kredytów. Jego pomysłowość sprawiła, że Majka stanęła przed groźbą utraty domu. Załamana spakowała walizki i wraz z córką przeniosła się do rodziców. Jednak i tam nie było jej dane zaznać spokoju. Aby nabrać dystansu do piętrzących się problemów Majka postanowiła wyjechać w Sudety do Malowniczego. Z daleka  od zgiełku Warszawy i prawie już byłego męża, świat wydaje się piękniejszy, a życie prostsze i łatwiejsze do ułożenia.

Ach, jak miło było zagościć w Malowniczem. W takim miejscu łatwiej wyleczyć zranioną duszę, łatwiej dojść do siebie choćby po najgorszych przeżyciach. A jeśli do tego ma się wokół siebie życzliwe osoby, to czego można więcej wymagać?

„Uroczysko” to pierwsza z cyklu powieści autorstwa Pani Kordel, których akcja rozgrywa się w małym, pełnym uroku miasteczku. Malownicze stanowi kontrast dla bezosobowej i pełnej zgiełku Warszawy. Jednak najważniejsi są ludzie. Bez rodziców, przyjaciółki i sympatycznych mieszkańców Malowniczego, Majka z całą pewnością nie doszłaby tak szybko do siebie. To ich miłość i nieustanne wsparcie sprawiły, że kobieta nie straciła poczucia własnej wartości.

Pani Kordel stworzyła powieść, która sporą dawką humoru rozświetli choćby najpochmurniejszy dzień. To historia nie tylko o porozwodowej traumie, ale także o poszukiwaniu samego siebie i konieczności układania sobie życia na nowo. Autorka udowadnia jak zbawienne może okazać się przełamanie własnego strachu i wewnętrznej niechęci przed zmianami.


„Uroczysko” to doskonała powieść na poprawę nastroju i odbudowanie wiary w marzenia i własne możliwości. Być może stanie się ona pierwszym krokiem ku nowemu, lepszemu życiu.

wtorek, 5 sierpnia 2014

"Prowincja pełna szeptów" Katarzyna Enerlich

Katarzyna Enerlich "Prowincja pełna szeptów"
Autor: Katarzyna Enerlich
Tytuł: "Prowincja pełna szeptów"
Wydawnictwo: MG
rok wydania: 2014
ilość stron: 272
moja ocena: 6/6

Przeczytaj również:
"Prowincja pełna marzeń"
"Prowincja pełna gwiazd"
"Prowincja pełna słońca"
"Prowincja pełna smaków"
"Prowincja pełna czarów"

Marzę o książce, w której rozsmakuję się, jak w pysznym daniu. Przyniesie mi ukojenie po ciężkim dniu, ale jednocześnie nauczy czegoś ważnego, sprawi, że coś się w moim życiu zacznie zmieniać. Wiem, że wymagam wiele, ale takie właśnie książki zostają ze mną na całe życie. Często do nich wracam, a mądrości z nich zaczerpnięte staram się wcielać w życie. Rzadko trafiam na takie perełki, a prowincjonalna seria Pani Katarzyny Enerlich z całą pewnością do nich należy.

Ludmiła leczy rany po wyjątkowo ciężkich przeżyciach. Los postanowił kolejny raz dać jej lekcję pokory. Zrozpaczona zaszywa się pod kołdrą, co daje jej złudne poczucie bezpieczeństwa. Wokół niej, jak dobre duchy, krążą przyjaciele. Karmią, sprzątają, ale przede wszystkim są. Swą dyskretną obecnością pomagają Ludce wyjść z depresji. W życiu każdego człowieka przychodzi czas szczęścia i czas rozpaczy. Kiedy jesteśmy na samym dnie trudno uwierzyć, że kiedyś i dla nas zaświeci słońce. Tę życiową mądrość w praktyce odkrywa również Ludmiła. Jej życie powoli odmienia się na lepsze, choć z pewnością nigdy już nie będzie takie samo.

Są książki, które pochłania się w jeden wieczór, nie mogąc się wręcz doczekać zakończenia. Fabuła wciąga, a razem z bohaterami przeżywamy ich wzloty i upadki. Ja jednak najbardziej cenię książki, które czytam niespiesznie, smakując każde słowo, powoli zaprzyjaźniając się z bohaterami. Taka właśnie jest „Prowincja pełna szeptów”. Śmiało mogę powiedzieć, że Ludmiła to moja dobra znajoma. Chętnie u niej goszczę, a ona, jak przystało na dobrą gospodynię, przyjmuje mnie po królewsku. Przy swojskim jedzeniu odkryje przede mną kolejne mazurskie tajemnice, opowie o warmińskich szeptuchach, nauczy żyć prosto, a szczęśliwie. „Prowincja pełna szeptów” to książka, która jak żadna inna karmi duszę dobrym słowem. Być może Pani Katarzyna Enerlich jest taką mazurską szeptuchą, która za pomocą książek próbuje pokazać czytelnikom, jak ważne jest życie w zgodzie z samym sobą i jak wiele dobrego daje nam natura. Od nas zależy jak będzie wyglądało nasze życie i jakich dokonamy wyborów. Książki z prowincjonalnej serii spodobają się osobom, które chcą w sobie coś zmienić. Być może właśnie one staną się iskrą, która rozpali ogień wewnętrznych przemian.

„Prowincja pełna szeptów” może bardzo pomóc komuś, kto akurat pożegnał bliską osobę. Pani Enerlich z właściwą sobie wrażliwością przeprowadza czytelnika przez wszystkie etapy żałoby. Subtelnie i delikatnie opisuje owo odrętwienie, w jakim człowiek wówczas się znajduje, a także chęć zaszycia się gdzieś w bezpiecznym miejscu i ucieczki od otaczającego świata. Bardzo żałuję, że gdy sama byłam w takiej sytuacji, nie trafiłam na tak mądrą książkę, która uświadomiłaby mi, że moje odczucia są jak najbardziej naturalne i mam do nich pełne prawo.


Zakończenie „Prowincji pełnej szeptów” pozwala przypuszczać, że powstaną następne książki z tej serii. Ogromnie się z tego powodu cieszę, gdyż każda kolejna powieść pani Enerlich jest dojrzalsza, pełniejsza i coraz więcej wnosi do mojego życia.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu MG

                                        


niedziela, 3 sierpnia 2014

Wakacyjne powroty




To co dobre niestety szybko mija. Bałtyk zostawiłam daleko za sobą. Nie ma już plaży, rozgrzanego piasku i chłodnego morza. Nie ma rybki u Pani Eweliny, ani małego domku pod brzózką. Najbardziej jednak brakuje mi świeżego powietrza, rześkiego wiatru i morskiej bryzy. Każdego roku coraz gorzej znoszę upały, a nad morzem są one znacznie mniej dokuczliwe. Teraz próbuję przestawić się na stojące, duszne powietrze i żar lejący się z nieba.




Coraz bardziej zadziwia mnie to, że będąc nad morzem w ogóle nie tęsknię za domem. Wakacje kuszą wolnością i anonimowością. Wypoczywam tak jak lubię, nikt mnie nie zna, nikt nie ocenia według własnego uznania, nikt nie przykleja łatki. Chyba miałam ostatnimi czasy dość takich sytuacji  i choć na chwilę udało mi się od tego uciec. Wróciłam wypoczęta. Zniknęło gdzieś towarzyszące mi ostatnio zniechęcenie. Najważniejsze, że nabrałam trochę dystansu do samej siebie i do otaczającego mnie świata. Wiele spraw sobie przemyślałam, choć najważniejsze jeszcze przede mną. Doszłam do wniosku, że z każdym rokiem robię się coraz bardziej prowincjonalna. Uciekam od ludzi, lubię spokój, nie pociągają mnie już nadmorskie kurorty takie jak Kołobrzeg czy Mielno. Zdecydowanie bardziej wolę małe Sarbinowo, które jest tak usytuowane, że do morza jest zawsze blisko. Cały rok tęsknię za naszym Bałtykiem, więc kiedy już jestem na Wybrzeżu, chcę z morzem mieć jak najbliższy kontakt. I właśnie w Sarbinowie, dzięki przepięknej promenadzie jest to możliwe. Spacerowaliśmy po niej każdego dnia. Wyciszeni i spokojni, mogliśmy tak iść, iść, iść i patrzeć na morze, które każdego dnia było inne. Liczne restauracje i kafejki dają możliwość zjedzenia kolacji, czy wypicia kawy z pięknym widokiem na Bałtyk. Ech … już tęsknię. Sarbinowo: do zobaczenia za rokJ






piątek, 18 lipca 2014

"U progu zagłady" Martin ZeLenay

Autor: Martin ZeLenay
Tytuł: "U progu zagłady"
Wydawnictwo: Znak
rok wydania: 2014
ilość stron: 478
moja ocena: 5/6










Po ciężkim dniu kładziesz się w końcu spać. Zegar miarowo odmierza godzinę. Za oknem ciemność i błoga cisza. Otulasz się ciasno kołdrą i ukołysany poczuciem bezpieczeństwa szybko zapadasz w sen.  Nawet nie wiesz, jak bardzo złudne jest to uczucie. Za chwilę może nie być miarowo tykającego zegara kołdry ani ciebie. Wystarczy czyjś szalony kaprys i jeden krótki rozkaz.

Państwo totalitarne rządzi się innymi prawami. Dziś jesteś na szczycie, jutro możesz spaść na samo dno. Życie jednostki nie ma żadnej wartości, o czym doskonale wie Pak Li. Kiedy więc zostaje mu przydzielone niezwykle trudne zadanie, wie, że od jego powodzenia zależeć będzie nie tylko jego życie, ale też życie całej jego rodziny. Pak Li odpowiada za transport ładunku wybuchowego, który ma się przyczynić do zniszczenia Watykanu. Ma do przebycia długą drogę. Chociaż zachował wszelkie środki ostrożności i nie zostawiał żadnych świadków, informacja o radioaktywnym ładunku przedostała się do osób, które nigdy nie powinny się o tym dowiedzieć.

Frank Shepard, oficer CIA, spędza urlop na Krecie. Wydawałoby się, że nic nie jest w stanie zakłócić mu wypoczynku. Szybko jednak okazuje się, że urlop spędzi wyjątkowo pracowicie, bowiem na Krecie zjawia się Pak Li ze swoim niebezpiecznym ładunkiem. I tak w rajskiej scenerii rozpoczyna się walka na śmierć i życie.

Historia stworzona przez Martina ZeLenay, choć fikcyjna, wręcz poraża wysokim stopniem prawdopodobieństwa. Autor wplótł w fabułę prawdziwe postaci i wydarzenia, takie choćby jak konklawe, wybór papieża czy kanonizacja Jana Pawła II. Zapewne dzięki sprytnemu zmiksowaniu prawdy z fikcją, czytając ma się wrażenie, że opisane wydarzenia mogły faktycznie mieć miejsce. Fabuła jest bardzo rozbudowana. Autor opisuje całe mnóstwo wydarzeń i postaci. Każda z pojawiających się osób jest precyzyjnie dopracowana, ma swoją historię i wyraziście zarysowany portret psychologiczny. Niestety momentami można się pogubić w gąszczu wydarzeń i postaci. Razem z bohaterami przemierzamy Azję i Europę, zatrzymujemy się na Krecie i zwiedzamy Rzym. Jednak piękno krajobrazu nie ma w tym przypadku znaczenia, bowiem cały czas mamy świadomość nadchodzącego niebezpieczeństwa.

Początkowo akcja toczy się niespiesznie. Autor przybliża czytelnikowi sposób funkcjonowania państwa totalitarnego, system podejmowania decyzji i powszechnie panujący lęk. Dzięki temu w pewnym sensie jesteśmy w stanie zrozumieć motywy działania i bezwzględność Paka Li.


„U progu zagłady” to naprawdę wciągający thriller polityczny. Trochę brakuje mu dynamiki, jednak mimo tego przeraża bardziej niż niejeden kryminał. Szaleńców na świecie nie brakuje. Pozostaje nam wierzyć, że tacy ludzie jak Frank Shepard są w stanie uchronić nas przed zagładą.


Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak



                                            

Jarocin Festiwal 2014


źródło


Jarocin Festiwal 2014 czas zacząć. Na kilka dni moje zazwyczaj senne miasteczko staje się centrum muzyki rozrywkowej. Mieszkam niedaleko sceny, dlatego też, nie wychodząc z domu mogę z powodzeniem uczestniczyć w koncercie. Kiedy byłam mała pojawienie się festiwalowych gości było naprawdę wielkim przeżyciem. W czasach, kiedy w telewizji były tylko dwa programy (czy młode pokolenie może w to uwierzyć?), z wypiekami na twarzy oglądało się młodych ludzi w czarnych skórach, obowiązkowych glanach i włosach postawionych na cukier (to nie literówka). Jarocin był symbolem wolności, sposobem na bunt i wyrażenie siebie. Dla nas, mieszkańców bywały to też niespokojne dni. Każdego roku dochodziło do poważnych bijatyk, w których straty ponosiło nie tylko miasto, ale też prywatni ludzie. W końcu mieszkańcy zbuntowali się i na długie lata koncerty zostały odwołane. W 2005 roku podjęto próbę reaktywacji festiwalu. Na szczęście z roku na rok przyjeżdżało coraz więcej młodych ludzi po prostu po to aby posłuchać muzyki, a nie wszczynać burdy. Dziś Festiwal w Jarocinie to już nie to samo co kiedyś. Inni ludzie, inny przekaz i inne potrzeby.
Zapraszam Was na stronę festiwalową klik. Szczególnie zachęcam do zapoznania się z niezwykle ciekawą historią rytmów. To właśnie w Jarocinie zaczynał mój ukochany Dżem, a także wiele innych kultowych już dziś zespołów.
W tej właśnie chwili odbywa się uroczyste otwarcie Spichlerza Polskiego Rocka – jedynego w swoim rodzaju muzeum. Występują: Tomasz Budzyński, Dzieci Jarocina, Piotr Banach, Sebastian Riedel, Muniek Staszczyk, Thataz.

Jutro pierwsze koncerty na dużej scenie i całe mnóstwo innych atrakcji. Zapraszam

Wsiądźcie razem ze mną do "Wehikułu czasu" i wczujcie się w klimat mojego miasta.


środa, 16 lipca 2014

"Linia serca" Eileen Cook

Autor: Eileen Cook
Tytuł: "Linia serca"
Wydawnictwo: Znak
ilość stron: 320
rok wydania: 2012
seria: Zaczytaj się
moja ocena: 4,5/6










Co bylibyście w stanie zrobić aby zatrzymać umykającą miłość? Czy istnieje jakaś granica, której przekraczać nie wypada? Mówią, że w miłości jak na wojnie: wszystkie chwyty są dozwolone. Jednak może czasem trzeba sobie po prostu odpuścić?

Sophie zamiast wymarzonego „czy wyjdziesz za mnie?” usłyszała, że jej ukochany Doug postanowił się wyprowadzić. Gdy minął pierwszy szok, dziewczyna zdecydowała, że tak łatwo nie zrezygnuje ze swojej wielkiej miłości. Bierze sprawy w swoje ręce i za wszelką cenę próbuje udowodnić ukochanemu, że bez niej jest bezradny jak niemowlę. Jednak wszelkie podjęte przez nią działania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Na domiar złego Doug poznaje nieziemsko piękną dziewczynę. Sophie dowiaduje się, że nowa przyjaciółka jej byłego interesuje się zjawiskami paranormalnymi. Wpada na genialny pomysł aby udawać jasnowidza i przepowiedzieć konkurentce same nieszczęścia jeśli pozostanie w związku z Dougiem. Czy taki plan ma szanse się powieść?

„Linia serca” to typowa książka z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Czyta się ją szybko, fabuła wciąga jednak nie jest to powieść, która na długo zostaje w pamięci. Całość jest raczej banalna i dość przewidywalna. Gdyby nie wątek, w którym Sophie obdarza się zdolnościami paranormalnymi fabuła nie wyróżniałaby się niczym oryginalnym na tle książek o podobnej tematyce. Jest Ona i On, utracona miłość, „ta trzecia”, przyjaciółka, której zawsze można się wypłakać, nowy znajomy – niby przyjaciel, a jednak … no i plan odzyskania dawnej sympatii. Całość została okraszona szalonymi pomysłami głównej bohaterki, dzięki czemu, czytając nie można przestać się uśmiechać.


„Linia serca” to pełna humoru opowieść o odkrywaniu samego siebie, własnych pragnieniach, które często głęboko skrywamy i miłości, którą czasem można odnaleźć zupełnie przypadkiem. Jest to idealna powieść na rozweselenie i poprawę humoru. Choć nie wniesie do naszego życia wiele, to z całą pewnością uprzyjemni czas i wywoła uśmiech na twarzy.

poniedziałek, 14 lipca 2014

"Powrót" Hakan Nesser

Autor: Håkan Nesser
Tytuł: "Powrót"
Wydawnictwo: Czarna Owca
rok wydania: 2013
ilość stron: 336
Czarna Seria
moja ocena: 5,5/6











Dotychczas nie miałam styczności z twórczością Hakana Nessera, choć wiele się o nim w literackim świecie mówi. Jest jednym z popularniejszych szwedzkich autorów, który za swoje powieści był wielokrotnie nagradzany. Również za granicą jego książki często osiągały wysokie miejsca na listach bestsellerów. Autor zasłynął głównie z cyklu o inspektorze Barbarottim. Ja zaś pragnę przybliżyć Wam "Powrót". Jest to trzecia powieść z serii kryminałów, w których śledztwa prowadzi pewien ekscentryczny policjant.


Znacie komisarza Van Veeterena? Tym razem starszy pan ma ciężki orzech do zgryzienia. Nie dość, że boryka się z własnymi, zdrowotnymi problemami, to jeszcze trafiła mu się wyjątkowo trudna sprawa. Wycieczka przedszkolaków przypadkowo dokonuje makabrycznego odkrycia. Pod stertą gałęzi odnajdują zawinięte w dywan ciało, które pozbawione jest głowy, dłoni i stóp. Tak jakby sprawca celowo chciał utrudnić policji identyfikację zwłok. Czy mimo wszystko uda się ustalić tożsamość zamordowanego mężczyzny i co najważniejsze, odnaleźć zabójcę?

„Powrót” bezsprzecznie zasługuje na miano dobrego kryminału. Ma wszystkie cechy, które cenię w tego typu książkach. Nesser stworzył powieść, która wciąga od pierwszej strony i trzyma w napięciu do samego końca. Momentami aż kipi od emocji. Fabuła nie zawiera drastycznych scen, a sama akcja toczy się raczej powoli. Jednak wraz z jej rozwojem pojawia się coraz więcej pytań i wątpliwości, a samo zakończenie wręcz powala na kolana. Niby oczywiste, a jednak … Bogata fabuła i świetnie poprowadzony wątek kryminalny sprawiły, że choć zamknęłam książkę na ostatniej stronie to nie mogłam przestać o niej myśleć. Nieustannie krążyły mi po głowie pytania dotyczące ofiary. Czy jego życie mogło potoczyć się inaczej? Dlaczego tak łatwo się poddał? Samo zakończenie jest mocno kontrowersyjne i rodzi mnóstwo pytań. Jakich? O tym już musicie przekonać się sami.

W „Powrocie” śledzimy nie tylko rozwój śledztwa, poznajemy nowe fakty i snujemy domysły co do mordercy, ale także wspólnie z komisarzem Van Veeterenem borykamy się z jego osobistymi problemami. Starszy pan zmaga się z chorobą, która jak wyrafinowany morderca zaatakowała go znienacka, nie dając możliwości ucieczki. Silny dotychczas mężczyzna nagle zaczyna odkrywać w sobie typowo ludzkie obawy.


„Powrót” łączy w sobie cechy dobrego kryminału i równie wciągającej powieści obyczajowej. Śledząc postępy policji, która tropi mordercę, jednocześnie uczestniczymy w czysto ludzkim dramacie chorego człowieka, który choć z pozoru silny, nagle staje się słaby i bezbronny jak ofiara.