czwartek, 23 maja 2013

Kolejny stosik, czyli co przeczytam w najbliższym czasie



Czekają na mnie same wspaniałe książki:
-"Magnolia" Grażyny Jeromin - Gałuszki - bardzo czekałam na tę książkę
-"Współczesne opowieści żydowskie (usłyszane w krakowskiej kawiarni) Bożydara Grzebyka - prezent od Wydawnictwa Grodkowskiego,
-"To, co najważniejsze" Małgorzaty Rogali,
-"Moja bliskość największa" Janusza L. Wiśniewskiego - prezent od mojego męża,
-"Poduszka w różowe słonie" Joanny M. Chmielewskiej,
-"Upalne lato Marianny" Katarzyny Zyskowskiej - Ignaciak

Czytaliście którąś z tych książek? 
Pozdrawiam:)

poniedziałek, 20 maja 2013

"Ruth" Elizabeth Gaskell

Autor: Elizabeth Gaskell
Tytuł: "Ruth"
Wydawnictwo: MG
rok wydania: 2013
ilość stron: 544
moja ocena: 4,5/6

Tytułowa bohaterka, Ruth Hilton, to młoda dziewczyna, sierota, która zarabia na swe utrzymanie jako szwaczka. Kiedy traci posadę i dach nad głową, oczarowany jej urodą i skromnością dżentelmen, proponuje dziewczynie schronienie i pociechę. Szczęście nie trwa długo, zdruzgotana i zhańbiona Ruth otrzymuje jednak szansę na nowe życie pośród ludzi, którzy ofiarują jej miłość i szacunek. Kiedy Bellingham ponownie wkroczy w życie Ruth, dziewczyna zmuszona będzie dokonać niemożliwego wyboru pomiędzy akceptacją ze strony ogółu a osobistą dumą.

Elizabeth Gaskell (autorka tak znanych powieści jak Północ i południe czy Żony i córki) kreśli pełen współczucia portret "kobiety upadłej", śmiało przeciwstawiając go ówczesnym poglądom na temat tego, co grzeszne i nieprawe.




„Ruth” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Elizabeth Gaskell. Dotychczas pisarka była mi zupełnie nieznana dlatego też  postanowiłam dowiedzieć się o niej trochę więcej. Urodziła się w 1810 roku, a zmarła w 1865. Tworzyła w czasach wiktoriańskich, a sławę zyskała dzięki biografii swojej przyjaciółki Charlotte Brontë. W Polsce znana jest z takich tytułów jak „Panie z Cranford”, „Północ i Południe” i „Żony i córki”. W czasach jej współczesnych sławę zyskała dzięki opowiadaniom o duchach, w których pisaniu wspierał ją sam Charles Dickens. Jej powieści odzwierciedlały życie różnych grup społecznych. „Ruth” powstała w 1853 roku zaś w Polsce po raz pierwszy ukazała się dopiero w 2013 roku.

Lubię klimat powieści z epoki wiktoriańskiej. Swego czasu zaczytywałam się w książkach sióstr Brontë dlatego z ciekawością sięgnęłam po książkę z tego właśnie okresu, choć autorka była mi zupełnie nieznana. Jakie są moje odczucia? O tym za chwilę…

Młodziutka, zaledwie szesnastoletnia Ruth jest sierotą. Ciężko pracuje jako szwaczka. Jest naiwna i niedoświadczona. Przypadkowa znajomość z pięknym i bogatym panem Bellinghamem staje się dla niej odskocznią od szarej codzienności. Brak matczynej opieki, dziewczęca ufność i łatwowierność sprawiają, że Ruth nie dostrzega niebezpieczeństwa wynikającego z jej spotkań z młodym paniczem. W wyniku tragicznego w skutkach zbiegu okoliczności, dziewczyna traci pracę i dach nad głową. Schronienia udziela jej pan Bellingham, ale jak łatwo się domyślić nie jest to pomoc bezinteresowna. Dopiero gdy Ruth zostaje sama dociera do niej, jak wielką hańbą się okryła. Jak dalej potoczą się losy młodziutkiej dziewczyny? Czy ktoś wyciągnie do niej pomocną dłoń? Czy kiedyś jeszcze spotka młodzieńca, który ją skrzywdził?

Czytając powieść napisaną sto sześćdziesiąt lat temu z pewnością odbieramy ją inaczej niż kiedyś. Dziś nie wzbudza już tylu emocji bowiem sytuacja, w jakiej znalazła się tytułowa bohaterka nie jest w czasach nam współczesnych tak bardzo potępiana, jak kiedyś. Z biegiem lat ewoluowała również moralność i obecnie z pewnością nikt by Ruth aż tak nie potępił. Chociaż momentami można łatwo dostrzec, że świat niewiele się zmienił. Ludzi nadal cechuje podwójna moralność, łatwość dostrzegania wad innych, a jednocześnie pomniejszania własnych. Czytając zadziwiał mnie fakt, że ówcześni ludzie za tego typu sytuację obwiniali wyłącznie młodą, naiwną i samotną dziewczynę. Tak jakby bogaty i wpływowy młody mężczyzna nie miał w tym żadnego udziału. Elizabeth Gaskell świetnie zobrazowała świat sobie współczesny. Czytelnik może się zapoznać z codziennym życiem, mentalnością i zwyczajami różnych grup społecznych żyjących w epoce wiktoriańskiej. Wszystkie postaci pojawiające się w książce nakreślone są dość drobiazgowo. Trzeba przywyknąć do bogatego w opisy i dość rozciągłego stylu Autorki. Mimo tego powieść czyta się błyskawicznie, a losy młodej dziewczyny niezwykle wciągają. W powieści znajduje się sporo odniesień do „Biblii” co niejako podkreśla rangę grzechu, którego dopuściła się Ruth. Ale zamieszczone cytaty, a także wątek z udziałem bogobojnego i surowego pana Bradshawa niosą nadzieję na odkupienie win, a jednocześnie obnażają hipokryzję społeczeństwa, która niestety jest ponadczasowa.

„Ruth” to po prostu klasyka, obok której nie można przejść obojętnie. Spodoba się fanom dziewiętnastowiecznej literatury, miłośnikom książek Charlotte Brontë bądź też słynnej „Tessy d`Urberville”  Thomasa Hardy`ego.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu MG


piątek, 17 maja 2013

Liebster Blog Award



Do zabawy zaprosiła mnie Pani Monika Oleksa - autorka "Ciemnej strony miłości" i "Miłości w kasztanie zaklętej", a także zbioru opowiadań "Uśmiech mima".
Dziękuję:)


1/Jak się zaczęła Twoja przygoda z blogiem?

W sumie dość prozaicznie. Czytam od dziecka. W szkole miałam    koleżankę (także mola książkowego), z którą każdą przeczytaną    książkę musiałam przedyskutować. Bardzo mi tego brakowało. I    tak odkryłam blogi książkowe. Z czasem sama postanowiłam    spróbować swoich sił. I tak już „próbuję” prawie półtora roku.

2/Twoje książkowe zachwycenie – jaką książkę masz stale przy sobie, lub jaka zrobiła na Tobie takie wrażenie, że do dziś pozostajesz pod jej urokiem?

Chyba będę mało oryginalna. Jest wiele książek, które mnie zachwyciły, olśniły i na długo pozostały w mojej pamięci, ale tylko jedna w pewien sposób wpłynęła na moje życie. Zabrzmi banalnie, ale jest to ”Ania z Zielonego Wzgórza”. Czytałam ją wiele razy i to nie tylko jako młode dziewczątko. Powieść zawładnęła mną do tego stopnia, że do dziś w moich marzeniach, gdzieś głęboko schowana, mieszka mała dziewczynka o imieniu Ania.

3/ Książka papierowa, audiobook czy e-book? Którą z nich cenisz najbardziej i dlaczego?
Zdecydowanie cenię najbardziej książkę w wersji tradycyjnej, czyli papierowej. Dlaczego? Bo jestem z pokolenia, kiedy istniały tylko takie książki, bo uwielbiam moment, kiedy biorę do ręki nowiutką, jeszcze pachnącą książkę, zatrzymuję wzrok na okładce, a w trakcie czytania słyszę szelest stron.
4/Jak zaczęła się Twoja przygoda z książką? Pamiętasz ten moment, kiedy wciągnęło Cię na dobre i wiedziałaś, że mól książkowy to Ty?

Tak, pamiętam. Moja przygoda z książkami na dobre zaczęła się w czwartej klasie szkoły podstawowej od „Pożyczalskich” Mary Norton. Serię książek o tych małych ludzikach dostałam na Gwiazdkę. Pamiętam swoje początkowe rozczarowanie. Książki? Takie grube i to cała seria? Nie.. na pewno nie przeczytam. Ale przeczytałam. Najpierw jedną, potem resztę, a potem poszłam do szkolnej biblioteki i przeczytałam wszystkie dostępne tam książki.

5/ Ulubiona pora na czytanie to…

W ciągu dnia brakuje czasu, więc pozostaje tylko noc. Kiedy jestem na urlopie lubię czytać na plaży z szumem morza w tle, lubię czytać, kiedy deszcz stuka w szybę albo na tarasie, wyciągnięta na leżaku pod jabłonką.

6/ Twoje ulubione strony www., na które zaglądasz regularnie?

Zaglądam na zaprzyjaźnione blogi książkowe, bywam na lubimyczytac.pl, a także na stronach z rękodziełem (sama namiętnie ozdabiam wszystko co się da techniką decoupage).

7/”Przyjaźń wypływa z wielu źródeł, z których najważniejszy jest szacunek.” Przyjaźń dla mnie to…

szczerość, ale taka ,która nie rani, lojalność i … wierność. A do tego czas, bo z przyjaciółką nie można się widywać raz na kilka miesięcy i jeszcze pewność (stu procentowa), że tej właśnie osobie mogę powiedzieć wszystko, a ona odpowie mi szczerze i jednocześnie to co ode mnie usłyszała zachowa dla siebie. Macie takiego kogoś? Ja ciągle szukam.

8/Wymień trzy filmy, które możesz oglądać nieustannie z taką samą fascynacją jakbyś robiła to po raz pierwszy.

Przyznam, że odkąd przyszedł na świat mój drugi syn (czyli o zgrozo, od trzech lat) przestałam oglądać telewizję. Gdy zdarzy mi się wolna chwila w ciągu dnia to bawię się w decoupage, wieczorem bloguję, a w nocy czytam.

9/Trzy książki, które zabrałabyś ze sobą na bezludną wyspę to…
 Jeśli miałabym się ograniczyć tylko do trzech to byłby problem.
W takim razie do walizki zabieram:
„Ciemną stronę miłości” Moniki Oleksy
„Alibi na szczęście” i „Krok do szczęścia” (czy można uznać, że to jedna? Anny Ficner – Ogonowskiej
„Kobiety z Czerwonych Bagien” Grażyny Jeromin - Gałuszki

10/ Z jakim autorem, który już nie żyje chciałabyś zjeść kolację i o co być go zapytała?

Na kolację wybrałabym się z Williamem Whartonem. Bardzo mądrze pisał o życiu, miłości, śmierci. Dostrzegał drobiazgi i potrafił z nich słowami stworzyć piękny obraz. Chętnie bym go posłuchała. Nie wiem o co konkretnie bym go zapytała. Może o coś tak dla autora prozaicznego, jak cały cykl tworzenia powieści, budowania postaci, komponowania ich psychiki. Szczerze mówiąc bardzo mnie to interesuje. Ileż trzeba wrażliwości i znajomości ludzkiej psychiki by stworzyć postać od początku do końca. Dla mnie to właśnie jest magia.

11/ Ja wierzę w potęgę książki papierowej i w to, że przetrwa, pomimo wszystko. A Ty?

Oczywiście. Nie wyobrażam sobie, że książka papierowa mogłaby zniknąć. To byłby upadek ludzkości.


poniedziałek, 13 maja 2013

"Nie zostawiaj mnie" Grażyna Jeromin - Gałuszka

Autor: Grażyna Jeromin - Gałuszka
Tytuł: "Nie zostawiaj mnie"
Wydawnictwo Literackie
Ilość stron: 352
rok wydania: 2012
moja ocena: 5,5/6

Ujmująca i sugestywna historia kilku osób, których losy przecinają się w pełnym wspomnień warszawskim mieszkaniu.

Fryderyka to miłośniczka brydża i stanowcza starsza pani, która pewnego dnia przyjmuje pod swój dach Małgorzatę. Małgorzata to młoda kobieta na życiowym zakręcie, i której życie skutecznie zatruwa Aleksander. Całym światem bohaterki jest jej kilkuletnia córka. Aleksander to bratanek Fryderyki, emerytowany sędzia, który wciąż nosi w sercu ból po tragicznej śmierci ukochanej kobiety. Co połączy tych troje z pozoru tak różnych ludzi?

Książka Jeromin-Gałuszki to opowieść, która zagarnia czytelnika dla siebie, świat, w który wchodzi się do chwili, do której nie doczyta się książki do końca.



„Nie zostawiaj mnie”. Tyle emocji zawartych w jednym, krótkim tytule. Chciałoby się głośno krzyczeć bądź cicho szeptać: bądź przy mnie aż do skończenia świata. Tytuł tej powieści przypomniał mi uwielbianą przeze mnie swego czasu piosenkę w wykonaniu Michała Bajora „Nie opuszczaj mnie”. Przesłanie obydwu jest podobne i wywołało u mnie zbliżone uczucia. Pokochałam twórczość Pani Grażyny Jeromin – Gałuszki za „Kobiety z Czerwonych Bagien”, „Złote Nietoperze” i „Oczy Marzanny M.” Na „Nie zostawiaj mnie” polowałam od dawna i w końcu jest…

Małgorzata, jak nikt inny zasługuje na miano kobiety po przejściach. Odkąd tylko pamięta, szła przez życie sama. Nauczyła się liczyć tylko na siebie i nikomu nie ufać. Kiedy Fryderyka przygarnia ją i jej córkę pod swój dach, ich życie staje się normalne. Mają dach nad głową, własny, ciepły kąt, jedzenie i co najważniejsze – jedną życzliwą osobę. Nawet tak bardzo nie boli pełna nienawiści postawa Aleksandra – bratanka Fryderyki. Wszystko jednak zmienia się wraz ze śmiercią sędziwej damy. Mieszkanie jest opłacone tylko do końca roku, praca niepewna, a lęk o pozostawianą bez opieki córkę coraz silniejszy. Czy Małgorzacie i tym razem uda się odbić od dna?

Pani Grażyna Jeromin – Gałuszka już od dawna należy do grona moich ulubionych pisarek. Powieścią „Nie zostawiaj mnie” tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Książka nie należy do lekkich i łatwych lektur. Zmusza do myślenia, do zadania sobie pewnych pytań i poszukiwania na nie odpowiedzi. Czym jest starość, samotność? Jak oswoić się z przemijaniem? Jak utrzymać się na powierzchni, kiedy cały świat staje przeciw nam? Samotność niejedno ma imię. Każdy człowiek inaczej reaguje też na cierpienie i rozpacz po stracie kogoś bliskiego. Jeden zamyka się na świat, a drugi otacza się ludźmi i za wszelką cenę próbuje wykrzyczeć swój ból. W powieści znajdują się liczne retrospekcje. Aby poznać historię Fryderyki i Aleksandra cofamy się w czasie aż do drugiej wojny światowej. Dzięki temu zabiegowi jesteśmy w stanie zrozumieć motywy ich postępowania, co jest szczególnie ważne w przypadku Aleksandra i Małgorzaty, gdyż łatwo byłoby niewłaściwie ich ocenić. Każdy z bohaterów ma swój bagaż wspomnień, który czasami wyjątkowo ciąży. Każdy człowiek to odrębna historia, czasem tak niesamowita, że aż niewiarygodna. Świetnie została przedstawiona postać Aleksandra. Wystarczy, że zamknę oczy i widzę zgorzkniałego i wiecznie narzekającego starszego pana, który pewnego dnia postanowił nie wychodzić z domu i zamknął się w swoim hermetycznym świecie, nie dopuszczając do siebie nikogo. Autorka miała też bardzo ciekawy pomysł na przedstawienie historii Fryderyki. Jaki? O tym musicie przekonać się sami.

„Nie zostawiaj mnie” to pełna emocji i wzruszeń powieść, która zmusza do odbycia podróży w głąb samego siebie, a także do dokonania analizy swojego życia. Nie jest to książka dla każdego. Aby w pełni ją poczuć trzeba wewnętrznego wyciszenia i skupienia. Trzeba wczuć się w każdego z bohaterów i spróbować z ich doświadczeń wyciągnąć coś dla siebie. Autorka miała odwagę poruszyć tematy, które najchętniej pomijamy milczeniem. Starość? Przemijanie? Samotność? Mnie to nie dotyczy. Otóż moi drodzy … dotyczy. Prędzej czy później i my zatęsknimy za tym co było, za pokojem dziecinnym, za ogrodem z dzieciństwa, za niedzielnymi porankami z rodziną, smakiem maminych obiadów. Drobiazgi … to z nich składa się życie. Oby tęsknota za tym co było nie przesłoniła Wam tego co jest. Tego życzę Wam i sobie również, a Autorce gratuluję kolejnej wspaniałej książki. 


wtorek, 7 maja 2013

"Misiek i fałszerze czekolady" Anna Gras

zdjęcie i opis pochodzą
ze strony lubimyczytac.pl
Autor: Anna Gras
Tytuł: "Misiek i fałszerze czekolady"
Wydawnictwo Grodkowskie
rok wydania: 2008
ilość stron: 122
moja ocena: 6/6



Misiek uwielbiał jeść, delektować się nowymi smakami. Marzył nawet o tym, żeby zostać słynnym kucharzem lub cukiernikiem. zamiast ćwiczyć mięśnie, co zwykle chętnie robią jedenastoletni chłopcy, wolał eksperymenty w kuchni. Bardzo to irytowało nauczyciela wuefu pana Bronka, z którym był w ciągłym konflikcie. Pewnego dnia Misiek został reprezentantem szkoły w turnieju międzyszkolnym. Wziął udział w konkursie rozpoznawania potraw. Przegrał, gdyż podsunięto mu sfałszowaną czekoladę. Kiedy zaprotestował, zyskał opinię osoby, która nie umie przegrywać z honorem. To bardzo podrażniło jego ambicję. Postanowił wykryć jak to się stało, że na turniej trafiła podrabiana czekolada. Przeprowadził śledztwo, w którym pomagała mu koleżanka z klasy Elwira. Nim jednak odszukał fałszerzy czekolady musiał rozprawić się ze swoimi prześladowcami a szóstoklasistami Biedronką i Kielczykiem. W końcu trafił do siedziby przestępców, gdzie, jak to zwykle w takich książkach bywa, został uwięziony, a potem uratowany. Stał się bohaterem, a jego sława wykroczyła daleko poza mury szkoły...







Od jakiegoś czasu zauważyłam u mojego dziewięcioletniego syna pewne znużenie literaturą. Coraz mniej ciągnęło go do książek, a samo czytanie stało się obowiązkiem, a nie przyjemnością. Ze szkolnej biblioteki przynosił same zbiory bajek, które wyraźnie go nudziły. Kiedy trafiła do mnie książka Pani Anny Gras „Misiek i fałszerze czekolady” dałam ją synowi i czytaliśmy razem. Jakie książka zrobiła na nas wrażenie? O tym za chwilkę…

Pozornie Misiek to przeciętny uczeń z lekką nadwagą. Ma swoich przyjaciół, ale ma też wrogów. Stroni od sportu, lekcje wuefu to dla niego prawdziwa tortura, ale za to uwielbia jeść. Tutaj osiąga mistrzostwo. Nie jest łakomy, on jedynie smakuje potrawy i jak prawdziwy wirtuoz odkrywa symfonię wszystkich smaków. Jedzenie to dla niego największa przyjemność, jaką ludzkość wymyśliła, a że ma słabą wolę, korzysta z tej przyjemności tak często, jak się da. W szkole sławę smakosza zyskał, odkąd jako jedyny zauważył, że popsuła się jakość posiłków serwowanych w stołówce. Dlatego też dyrektor zgłosił go do konkursu, który polega na rozpoznawaniu potraw jedynie po smaku i zapachu. Misiek przegrywa i to z kretesem. Staje się pośmiewiskiem szkoły, a u nauczycieli zyskuje miano osoby, która nie potrafi przegrywać. A to wszystko tylko dlatego, że uparcie twierdzi jakoby czekolada, której smaku nie rozpoznał, była sfałszowana. Oczywiście nikt mu nie wierzy, dlatego chłopiec rozpoczyna własne śledztwo. Dokąd go ono zaprowadzi?

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. „Misiek i fałszerze czekolady” to świetna książka nie tylko dla dzieci. Trzyma w napięciu, wciąga, bawi i uczy. Wątek detektywistyczny jest ciekawie poprowadzony, nie ma scen mrożących krew w żyłach, za to jest wartka akcja i spora dawka humoru. Głównego bohatera po prostu nie da się nie lubić. Młody czytelnik bardzo łatwo może się utożsamić z chłopcem, który zupełnie nie zdaje sobie sprawy ze swojego wielkiego talentu, który ma swoje wzloty i upadki, lęki i małe sukcesy. Fabuła nie jest skomplikowana, bez zbędnych zawiłości i pisana prostym językiem. Mój dziewięciolatek bez problemu radził sobie z czytaniem i zrozumieniem tekstu. Dziecko łatwo też wyciągnie wniosek, że warto jest walczyć o to w co się wierzy, warto rozwijać w sobie pasję, choćby innym wydawała się bezsensowna. „Misiek i fałszerze czekolady” to prawdziwy relaks dla dorosłego, a świetna i pouczająca zabawa dla dziecka. Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Pani Agacie z Wydawnictwa Grodkowskiego 

środa, 1 maja 2013

"Rubinowe czółenka" Joanne Harris

Autor: Joanne Harris
Tytuł: "Rubinowe czółenka"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
rok wydania: 2007
ilość stron: 501
moja ocena: 5,5/6

Gratka dla wielbicieli "Czekolady" - Vianne powraca! Vianne i Anouk Rocher żyją w Paryżu pod przybranym nazwiskiem, próbując znaleźć swoje miejsce w świecie, gdzie nie ma miejsca na czary. Vianne postanawia nie korzystać ze swojego daru i do jej sklepu z czekoladą przychodzi coraz mniej klientów. Anouk stopniowo oddala się od matki, rozżalona i zawiedziona jej przemianą. Zyskuje nieoczekiwaną sojuszniczkę w osobie tajemniczej Zozie de l'Alba, która uwielbia pracę w chocolaterie i bardzo przypomina Vianne sprzed lat...



Czując w powietrzu unoszący się aromat gorącej czekolady, słysząc cichy szept „Spróbuj. Skosztuj. Posmakuj” wybrałam się do biblioteki na poszukiwanie kontynuacji „Czekolady” Joanne Harris. „Rubinowe czółenka” czekały na mnie na półce, ciekawiły… kusiły…przyzywały. Magia to sprawiła, czy też zwykła ciekawość? Nie wiem, ale nie mogłam przejść obok tej książki obojętnie. „Czekolada” zapadła mi w pamięć i skradła serce. Czy Autorce uda się utrzymać moje zainteresowanie? Czy kontynuacja będzie równie dobra, jak część pierwsza?

Minęły cztery lata odkąd rozstaliśmy się z Vianne Rocher. Od tego czasu sporo w jej życiu się zmieniło. Urodziła drugą córkę Rosette, która jest dzieckiem szczególnym. Mieszka w Paryżu, prowadzi mały sklepik z czekoladą i trzyma się z daleka od magii. Za wszelką cenę stara się być zwyczajna. Nie zwracać niczyjej uwagi, nie prowokować wiatru. Zmieniła się nie do poznania. Nie nosi już barwnych sukienek, woli bezpieczną czerń, nie prowokuje strojem, fryzurą ani makijażem. Nie przyrządza już gorącej czekolady, a ciasta i pralinki, które sprzedaje nie są już dziełem jej rąk. Vianne Rocher nie istnieje. Jej miejsce zajęła Yanne. Jednak bez magii świat nie jest już taki sam. Pralinki słabo się sprzedają, a co gorsza jej córka Anouk zaczyna się od niej stopniowo oddalać. Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy w ich życiu pojawia się Zozie. Młoda, pełna energii, ekscentryczna dziewczyna bardzo przypomina Vianne sprzed lat. Anouk ją uwielbia, sprzedaż w sklepiku wzrasta, a Vianne udaje, że nie widzi tajemnych znaków, którymi posługuje się młoda kobieta. Kim tak naprawdę jest Zozie? Jakiej ceny zażąda za swoją pomoc?

Wiele się spodziewałam po lekturze „Rubinowych czółenek” i nie zawiodłam się. Tym razem Autorka zabiera nas do Paryża. Razem z bohaterkami błądzimy uroczymi uliczkami, przyglądamy się sklepom, kawiarenkom i przede wszystkim ludziom. Jak łatwo skraść czyjeś życie. Wystarczy jeden list, który nie trafił do adresata bądź nazwisko na nagrobku i już można zacząć działać. Ona – Pożeraczka Serc jest w tym najlepsza.
Autorka Przedstawia akcję z perspektywy Vianne, Anouk i Zozie. Dzięki temu znamy ich myśli, lęki, pragnienia, a także słabe i mocne strony. Sporo dowiadujemy się o przeszłości Vianne, która do tej pory owiana była tajemnicą. Powieść przesiąknięta jest magią, ale mimo wszystko pozostaje bardzo autentyczna. Cóż bowiem znaczy tych kilka zaklęć i magicznych znaków wobec wszechobecnego lęku matki o swoje dzieci? Czym jest magia jeśli trzeba wybierać pomiędzy miłością a rozsądkiem? Czy potępimy dziecko, które za pomocą magicznych sztuczek chroni swoją inność i broni się przed napastliwymi koleżankami? Autorka każe nam się zastanowić, czy warto dać się stłamsić, utracić swą tożsamość, inność zamienić na pospolitość tylko po to aby zachować pozorny spokój. Wszak przeznaczenie i tak nas odnajdzie, choć byśmy nie wiem jak się ukrywali.
Powieść jest dość obszerna, liczy sobie bowiem ponad pięćset stron. Początkowo trochę trudno było mi nadążyć za fabułą. Później zrozumiałam, że nie do końca wiedziałam, o kim tak naprawdę Autorka pisze, ale być może właśnie o to chodziło. Z biegiem akcji książka wciągała mnie coraz bardziej. Znając twórczość Autorki, nie byłam w stanie przewidzieć, jakiego zakończenia mam się spodziewać. Dlatego też każdej przeczytanej stronie towarzyszył lęk i niepewność.

„Rubinowe czółenka” niczym nie ustępują „Czekoladzie”. Powieść niesie nadzieję i przywraca dziecięcą ufność w zwycięstwo dobra nad złem. Dałam się oczarować twórczości Joanne Harris już dawno temu, a teraz tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. Czy sprawiła to magia czy talent Autorki? Jak myślicie? Ja chcę wierzyć, że po trosze jedno i drugie.

Moją recenzję "Czekolady" Joanne Harris znajdziecie tutaj

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Pierwsza komunia, decoupage i idealna sukienka, czyli mieszanka wybuchowa






Jak Wam się podoba mój pomysł na pierwszokomunijny prezent? Pudełeczko idealnie nadaje się do przechowywania książeczki, różańca, medalika bądź innych pamiątek związanych z tym szczególnym dniem. Skąd pomysł? Otóż mój syn w najbliższą niedzielę przystępuje do pierwszej komunii i tak pomyślałam sobie, że dobrze by było przechowywać te ważne pamiątki w jednym miejscu. Moje dziecko niestety jest strasznym bałaganiarzem i z całą pewnością szybko by wszystko pogubiło. To, które widzicie na zdjęciach powędrowało do koleżanki mojego syna.

Jak myślicie, czy dziewięcioletnie dziecko jest w stanie zrozumieć, czym tak naprawdę jest komunia święta? Ja nie sądzę. Próbowałam rozmawiać o tym z synem, ale cały mój wykład na temat przyjmowania Jezusa do serca pod postacią opłatka opatrzył komentarzem „to tyle przygotowań tylko po to żeby zjeść opłatek?” Przyznam, że ręce mi opadły i nie wiedziałam co odpowiedzieć. Choć, gdy sama wspominam swój wielki dzień to pamiętam jedynie piękną, białą sukienkę, w której wyglądałam jak księżniczka. Teraz dzieci na szczęście idą w albach, ale o czym myślą? O prezentach oczywiście. Nie mówiliśmy synowi, że na komunię coś się dostaje, ale niedawno został uświadomiony przez kolegów, więc ma na co czekać. Nie uważacie, że dziś „trochę” przesadza się z wartością prezentów? Mam nadzieję, że nasi goście wykażą się rozsądkiem. Mimo wszystko cieszę się, że syn jest ogromnie dumny z tego, że dostąpi zaszczytu czytania ewangelii na mszy. Moje dziecko uwielbia wystąpienia publiczne, co jest o tyle zaskakujące, że w kontaktach z ludźmi jest raczej nieśmiały i nie lubi się odzywać.

A teraz z innego beczki. Co ja na siebie włożę? To pytanie zadawałam sobie od dawna, bo wiedziałam, że będą problemy. Od dwóch miesięcy szukałam idealnej sukienki, potem idealnego „czegokolwiek”, następnie „czegokolwiek”, w czym nie będę wyglądała źle, a na końcu się poddałam. Wyciągnęłam żakiecik sprzed paru lat i stwierdziłam, że to w nim pójdę. W piątek w drodze do piekarni stanęłam przed wystawą małego sklepiku odzieżowego i zaniemówiłam. Sukienka wołała mnie z wystawy. Weszłam, przymierzyłam i było … prawie dobrze. Prawie, bo w pasie za luźno, ale pani sprzedawczyni powiedziała, że poprawki wykonują na miejscu! Miałam przy sobie jedynie klika złotych na bułki, ale sukienka poczekała na mnie do popołudnia i teraz JEST, czeka na wieszaku na swój Wielki Dzień. Podoba się Wam?